Ten blog
Ten blog
 
 
 
 

 europa / europe  >>  bałkany / balkans 2008 >>  czerniovice


Bałkany / Balkans 2008


najdłużej trwająca podróż w życiu / the longest lasting journey in my life

ua
Ukraina - Czerniowice
12.08.2008
808 km

Tuż przed jedenastą w pociągu zgasło światło. Dobrze, że mam latarkę ;)
Wszyscy poszli spać, jest cicho i spokojnie, słychać tylko chrapanie i pisk pociągu ;)
5:30 Stoimy na jakiejś zapadłej stacji. Jak się obudziłam, było ciemno, zdążyło zrobić się jasno, a my wciąż stoimy. I to samo na kilku stacjach. Teraz już rozumiem, dlaczego w relacji sprzed dwóch lat, którą czytałam, ta sama podróż zajęła chłopakom tylko pięć godzin, my pojedziemy ponad jedenaście! A droga ta sama. W głowie się tylko nie mieści, dlaczego tak stoimy i stoimy?! Może Czernowice w nocy są niebezpieczne i w ten sposób chroni się pasażerów? Bo chyba nie po to, żebyśmy mogli się wyspać? ;)

And


10:00 Wreszcie Czerniowice - planowo.
Na dworcu znów survival. Dworzec ładny, a kibelki szkoda gadać, a nawet gorzej - po prostu tragedia! I w dodatku płatne (0,75hr). Pani bezczelnie nie ma mi wydać (choć widzę, że ma pełno drobniaków), wkurzam się i bezczelnie idę pożyczyć drobne od Ani ;)
Ale na tym nie koniec. Na peronie zaczepił nas jakiś facet, pyta, czy jedziemy do Suceavy. No tak, jedziemy. Na to on, że za dziesięć dolców nas weźmie. Ja na to, że nie mamy dolców, tylko euro. No to za dziesięć euro. Już mi się nie spodobało, gdzie kurs euro, a gdzie dolara? Zaczął coś nawijać, na szczęście zrozumiałam, że chce jeszcze pięć dolców (przecież mówiłam, że nie mamy!) za znalezienie nam transportu! Bezczelny! Nie chciał się od nas odczepić, po prostu sobie poszliśmy. Postukałam się w czoło (do Ani, nie do niego), chyba się na mnie obraził ;)
Przed budynkiem inny nas zaczepia, czy do Suceavy, no tak, my do Suceavy. Dzwoni do kogoś, pyta, czy tamten zabierze trzy osoby. No ale podbiega ten nasz pierwszy, gada coś do drugiego, drugi nagle zamilkł. Mafia jakaś, czy co, do kurtki nędzy?! Nawija, że zawiezie nas na dworzec autobusowy za 2,5hr od osoby. Mieliśmy już go dość, niech spada, poradzimy sobie sami!
Kawałek dalej pytamy policjantów, jak dojechać na dworzec autobusowy. Od razu inna gadka, wytłumaczyli, byli bardzo mili. Musimy jechać trolejbusem.
A w trolejbusie survivala ciąg dalszy (bilet 0,75hr). Tłok taki, że cudem chyba udaje nam się władować. Dwóch chłopaków z plecakami zostaje. Ludzie narzekają, że się pchamy, ale każą mi usiąść z tym plecakiem. Patrzą ciekawie :)
Miasto wygląda całkiem ładnie, szkoda, że nie ma czasu, żeby pochodzić. Stare kamienice, kościółki.
W końcu docieramy na dworzec, ufff. Pani w okienku mówi, że jeżdżą tylko busiki z przeciwnej strony ulicy. Jeden czeka, mówi, że za chwilę, potem, że czeka na jeszcze dwie osoby. A my tak czekamy i czekamy, w końcu nawet robienie fot mi się nudzi. Wreszcie się ulitował i ruszyliśmy, choć nikt się nie przyłączył (koszt 50hr).
Żegnamy się z Ukrainą i jedziemy już w stronę Rumunii. W busiku przednia szyba nieźle popękana, aż dziw, że jeszcze się trzyma ;) Na granicy większych problemów nie było, gościu za nas pokazywał paszporty, zabrali kartki migracyjne, czy jak to się tam zwie. Gościu na bezczelnego, pod okiem celników i pewnie kamer upycha fajki w drzwiach kierowcy i przykrywa jakąś szmatą, hi hi. Na szczęście nam nic nie wciskał ;)

We