Ten blog
Ten blog
 
 
 
 

 europa / europe  >>  hiszpania / spain 2011 >>  puerto del carmen

lan
Hiszpania - Lanzarote - Puerto del Carmen
18.01.2011
4 209 km

Wjeżdżamy do miasteczka, zaliczamy sklep. Pytamy sprzedawcę gdzie nasza uliczka, nie wie, no to pytamy, gdzie teraz jesteśmy (mamy mapkę), on mówi, że w Puerto del Carmen, hihi, no to to my przecież wiemy ;) Potem okazało się, że jesteśmy na drugim końcu miasteczka, w miejscu, którego nie obejmuje mapa. W końcu jednak, po pewnym czasie kręcenia się po uliczkach udaje się znaleźć hostel :)
Płacimy i idziemy do pokoju, a raczej apartamentu :) Mamy dwa pokoje, salon, kuchnię i łazienkę. Niezły luksus, jak dla mnie :) W dodatku w ogródku palmy, zielone drzewka, niebieski basenik, jednym słowem bajer :)
Siadamy, żeby coś zjeść, gadamy. Potem idę z Alą poszukać oceanu. Uliczki z białymi domkami prowadzą nas na brzeg. Jest ocean, juupiiiiii! Są i wielkie palmy, huraaaa! Plaża jest kamienista, więc wchodzimy na dziedziniec jakiegoś wielkiego hotelu. Jest tu basenik z dość ciepłą wodą. Szkoda, że nie mam z sobą stroju, bo od razu bym wskoczyła! Ech, żyć nie umierać :)
W końcu przez zamkniętą furtkę i jakiś wymarły bar przy plaży wracamy na brzeg. Mimo kamlotów, chcę choć trochę zamoczyć nogi w oceanie! Po kamlotach docieramy do maleńkiej łaszki piasku i włażę do oceanu :) Woda zimna, brrrr, ale po jakimś czasie nie jest już taka zła, nawet ciepła się zdaje :) Świeci Księżyc, Orion prawie w zenicie, w dali palmy, a ja w samym środku zimy stoję sobie na Lanzarote po kolana w oceanie – magiczna chwila! I wciąż nie mogę w to uwierzyć! I w to, ze ocean porwał mi klapek, więc chcąc nie chcąc zamoczyłam nie tylko tyle ile chciałam ;)

We drive to the town. A shop is the first thing. We ask the salesman where our street is. He doesn't know so we ask where we are now (we have a map), he says in Puerto del Carmen, haha, well, we know that ;) Then it turnes out that we're in the second end of the town, in a place which isn't on the map. Finally after some time driving the streets, we find the hostel :)
We pay and go to the room, well, it's rather an appartament :) We have two rooms, a sitting-room, a kitchen and a bathroom. Nice and luxoury for me :) And in the garden there are palms, green trees, a blue pool, fantastic :)
We sit down to eat something, we talk. Then I go with Ala to look for the ocean. The streets with white houses lead us to the shore. There's the ocean, yupiiiii! And great palms, huraaaa! The beach is stony, so we walk to the terrace of a big hotel. There's a pool with quite warm water. It's a pity I don't have a swimsuite with me, I'd jump in immediately! Ah, to live, not to die :)
Finally we pass a closed wicket and a dead bar and get to the beach again. Despite the stones, I want to soak my legs in the ocean. Walking on the stones we get to a small snadbank and I get into the ocean :) The water is cold, brrr, but after some time not so bad, it even seems quite warm :) The Moon is shinig, the Orion is almost in zenith, there are palms nearby and me... in the middle of the winter I stand on Lanzarote soaking my feet in the ocean - a magic while! And I still can't believe it! And also I can't believe that the ocean has stolen my flip-flop, so did I want or not, I soaked more then I wanted ;)