Ten blog
Ten blog
 
 
 
 

 europa / europe  >>  hiszpania / spain 2011 >>  costa teguise


Hiszpania i Lanzarote / Spain and Lanzarote  2011


pływanie w oceanie / swimming in the ocean

lan
Hiszpania - Lanzarote - Costa Teguise
22.01.2011
4 370 km

Dziś, w ostatni dzień, postanowiłam choćby nie wiem co pójść na plażę. Nie żebym lubiła leżeć bezczynnie i nic nie robić, ale trochę odpoczynku się przyda. Słonko świeci, chyba specjalnie dla nas wyszło, jest cudnie ciepło, migotki na wodzie, palmy tuż przy plaży i kolorowe parasole. Nawet po tych kilku dniach nie mogę uwierzyć, że tu jestem!
Woda zimna jak cholera, ale mimo wszystko postanowiłam jednak popływać w oceanie :) Wejść nie było łatwo, ale potem już super. I znów jak sen – środek zimy, a ja pływam sobie w czyściutkiej wodzie o pięknym turkusowym kolorze!
Tak bardzo nie chce się wyjeżdżać!
Wracamy do hotelu, jeszcze szybki prysznic, pakowanie. W międzyczasie popsuła się pogoda, przyszły chmurki, nawet trochę pokropiło. To słonko chyba faktycznie specjalnie dla nas wyszło, żeby nas miło pożegnac, jakby wszystkich miłych zdarzeń było jeszcze mało :)

We



Na koniec wizyta w naszej ulubionej już knajpie Galeon. Dostałam rybne klopsiki – znów pyszne! Do tego rewelacyjne wino, a co, wczoraj już nie udało się kupić, bo sklepy pozamykane. Powiedziałam naszemu panu, że jedzonko było pyszne i że będę polecać tą knajpę, no i naprawdę polecam! Panowie pożeganli się z nami jak ze starymi znajomymi, życząc szczęśliwej podróży.
I jeszcze wizyta w perfumerii, ceny naprawdę warte zakupów. Sama nic nie kupiłam, bo miałabym te perfumy przez najbliższych pięć lat, ale nawąchałam się za wszystkie czasy ;)

We



Czas już było jechać. Miało być jeszcze muzeum w zamku w Arrecife, no ale czasu już zabrakło.
Lot opóźniony o niecałą godzinę. A szkoda, można by było jeszcze na słonku posiedzieć, zamiast w terminalu! No cóż.
Za to na sam już koniec żegnają nas przepiękne widoki z góry. Widać miejsca, które wcześniej odwiedziłyśmy. Wkrótce Islas Canarias chowają się pod chmurami, jak jakaś mityczna kraina. A ja już teraz wiem na pewno, że kiedyś jeszcze tu wrócę!!!

We



W Madrycie lądowanie tak samo zachwycające, jak start z Arrecife. Nagle z ciemności wyłoniły się światełka, białe i sodowe, mniejsze i większe, wyglądały jak świecące koraliki porozrzucane w ciemności. Ślicznie! Nawet pas udało mi się wypatrzyć :)
W Madrycie zimno jak nie wiem, brrrrr, aż się nie chce wysiadać. Na szczęście zimno dopadło nas dopiero po wyjściu z metra.
Wysiadamy na Tirso de Molina i idziemy do hostelu. Domofon odpowiada zachrypniętym głosem, po hiszpańsku oczywiście. Wchodzimy do starej kamienicy, do starego mieszkania, wita nas starszy pan. W pokoju zamek ledwie się trzyma, ale pocieszam się, że przecież jesteśmy w zachodniej Europie ;)
Potem już na szczęście wrażenie lepsze, jest gorąca woda, ale za to nie ma czajnika. Mieszkanie jest ogromne, pokoi chyba z sześć lub więcej. Ciekawe, kto tu kiedyś mieszkał?

We



Idziemy jeszcze z Alą do miasta, do Puerta del Sol w nadziei, że może jakiś jeszcze sklep będzie otwarty. Niestety nic z tego, pootwierane tylko knajpy i kebaby. Pełno ludzi, w końcu dziś sobota, wszyscy siedzą w knajpkach albo stoją na zewnątrz. Ja nie rozumiem, jak im nie zimno?!
Wracamy do hostelu, domofon znów odpowiada zachrypniętym głosem dziadka, który nas nie rozumie i odkłada słuchawkę, hehe. No ok, mieszkańcy mają klucze, ale tylko jeden zestaw, który zostawiłyśmy Asi. Dobrze, że byłyśmy umówione, że Asia zejdzie nam na dół otworzyć, bo byłby kłopot.

We