Ten blog
Ten blog
 
 
 
 

 świat / world  >>  tajlandia i kambodża 2014  >>  bangkok

th
Tajlandia - Bangkok
22.10.2014
9 528 km

Nie wyspałam się ;) Wychodzimy o dziewiątej. Plan jest taki, żeby najpierw iść do Pałacu Królewskiego. Tak też robimy. Sklepy jeszcze pozamykane, tylko 7-Eleven i pojedyncze są otwarte.
Idziemy pieszo. Główną ulicą, przygotowaną już chyba na święto. Wszędzie wizerunki króla, ładnie przystrojone. Jest ładnie, zielono. Taksówki są różowe, niebieskie albo żółto zielone, fajnie :) Tuk tuki też super kolorowe.
Po drodze zaczepiają nas i mówią, że pałac jest dziś zamknięty. Albo że teraz jest zamknięty i otworzą o pierwszej. Jak nie wierzymy, to jeden mówi, że stupid.
No cóż, pałac oczywiście okazuje się otwarty (500 b). Trzeba się ubrać. Nie jest fajnie w tym upale w długim rękawie.
Głowne, co się rzuca w oczy to świątynie. Jest ich multum. Przepięknie zdobionych. Wiem, że nie każdy lubi świecidełka i przepych, mnie się akurat podobają bardzo! Aż ciężko się tym nacieszyć, choć teren jest tak ogromny, że na pół dnia oglądania spokojnie. W dość szybkim tempie.

I haven't slept enough ;) We go out at nine. We have a plan to see the Royal Palace first. We do so. The shops are closed yet, only 7-Eleven and a few small ones are opened.

strażnicy pałacu / the guards of the palace

Świątynie i stupy to jedna rzecz, a stwory przeróżne to kolejna. Wcale nie są miłe ani uśmiechnięte, raczej groźne i pilnujące. I też bajecznie kolorowe. Wszędzie są też lotosy, które rosną w wazach z wodą. Są też sprzedawane, żeby zanieść je buddzie.
Można obejrzeć słynnego Szmaragdowego Buddę, który przechodził różne koleje losu. Wszyscy się o niego bili, bo wierzy się, że kto go ma, ten będzie miał szczęście i dostatek. W przypadku Tajlandii chyba się to sprawdza. Szmaragdowy Budda ma swoją osobną świątynię Wat Phra Kaeo, w której nie można robić zdjęć. Jest mały i z daleka mało co go widać. Ale sama świadomość, ile namieszał w historii robi swoje. Trzy razy do roku, na początku każdej z pór roku (gorącej, chłodnej i deszczowej) Szmaragdowemu Buddzie król zmienia szatę. Szkoda, że nie było nam dane tego zobaczyć. Na ścianach piękne freski, przedstawiające różne opowieści o buddzie oczywiście.
Wchodząc do świątyń trzeba zdjąć buty.

The

Wat Phra Kaeo

Przed Wat Phra Kaeo jest jakieś miejsce kultu, w którym nie za bardzo wiadomo, o co chodzi.
Wokół głównej świątyni jest też wiele ciekawostek. Jedną z nich i jedną z najbardziej chyba charakterystycznych miejsc w Bangkoku jest Złota Chedi (Phra Si Rattana Chedi), w której ponoć są prochy Buddy, aczkolwiek dotąd nie udało się tego potwierdzić.
Wokół całego terenu ciągną się podcienia, a w nich freski, opowiadające historię króla Ramy. Dla mnie wszystkie one wyglądają podobnie, choć może faktycznie zaczynając od północnej bramy, jakąś historię dałoby się z nich wyczytać.

In front of the Wat Phra Kaeo

złota chedi / the golden chedi

Przechodząc do kolejnej części można zrobić sobie fotkę ze strażnikami. Uzbrojonymi. Zgaduję, że za płotem rezyduje król.
W tej części jest właściwy pałac, do którego nie można wejść, choć jest piękny, w zachodnim stylu. Przed nim piękna trawka i bonsai. I kolejne świątynie oraz miejsca, w których odbywają się uroczystości państwowe. I muzeum białej broni, w której znajduję też trójzęby. Myślałam, że używał takiego tylko Neptun ;)
W kawiarni na tyłach lody drogie jak cholera. Siadamy na chwilę, żeby odpocząć. Zbiera się na deszcz, więc uciekamy już z pałacu, bo schronić się nie byłoby tu za bardzo gdzie na dłużej.

Going

Pałac Królewski / the Royal Palace

Docieramy nad rzekę Chao Phraya, gdzie są stragany, mały market, przez który przechodzi się na przystań łodzi. Jakby ktoś nie wiedzał gdzie to, to ciężko byłoby ją znaleźć, choć jest maleńki drogowskaz. Nie wiem, jak te tłumy tu trafiają? ;) Jakoś trafiają, bo stąd płynie się na drugą stronę rzeki do Wat Arun.
Siadamy w knajpce w środku marketu z widokiem na świątynię. I dobrze zrobiliśmy, bo faktycznie się rozpadało. Na ponad godzinę. W tym czasie raczyliśmy się padthai i oglądaliśmy ruch na rzece.
Potem idziemy do Leżącego Buddy (100 b). Wiedziałam, że jest wielki, ale nie spodziewałam się, że robi aż takie wrażenie. Super! Za plecami Buddy wrzuca się do miseczek monety, myśląc przy tym życzenie.

We

Leżący Budda / Reclining Buddha

Szwędamy się jeszcze dookoła. Tu też jest pięknie, a o tyle milej, że nie ma dzikich tłumów, być może ze względu na to, że już popołudnie. I można ze spokojem pozwiedzać. Okazuje się, że jest tu wokół głównej świątyni pełno dziedzieńców z dużą ilocią figurek Buddy. Dziwnie nieco, to tak, jakby bóg się rozmnożył ;) Bardzo to ciekawe i fajnie wygląda.
Wchodzimy też do głównej świątyni. Akurat zaczyna się nabożeństwo :) Nigdy na takim nie byłam, więc choć nie rozumiem ani słowa, to fajnie to zobaczyć!
Siedzimy tam do szóstej.

Going

było ich multum / there were many of them

Idziemy szukać China Town. Pieszo. Pytamy ludzi, niektórzy w ogóle nie bardzo rozumieją, o co nam chodzi, niektórzy pokazują w prawo, niektórzy w lewo, więc idziemy prosto. Ale jakoś tu cicho i głucho, wszystko pozamykane, nie ma żadnego tętniącego życia. Jak w końcu gdzieś skręciliśmy, to znaleźliśmy tylko KFC i McDonalda. Kibelek zamknięty, a pani chyba udaje, że nie rozumie.
W końcu zmęczeni już mocno bierzemy tuk tuka i wreszcie koleś zawozi nas w miejsce, o które nam chodziło. Jupiii, w końcu mamy China Town. Główna ulica pięknie oświetlona, faktycznie tętni życiem, sklepików i knajp pełno. Ale chyba dużo jest tu też pod turystów, można kupić na przykład winogrona po jakiejś strasznej cenie ;) I broń. Jedzenia jest zresztą od groma, aż mdli od tych wszystkich zapachów. W każdym razie z glodu tu nie zginiecie ;) I na pewno warto to zobaczyć.

Going