Ten blog
Ten blog
 
 
 
 

 świat / world  >>  tajlandia i kambodża 2014  >>  poipet


Tajlandia i Kambodża / Thailand and Cambodia 2014


śmierdząca granica / stinking border

cb
Kambodża - Poipet
24.10.2014
9 754 km

Pobudka o wpół czwartej. Po dwóch godzinach snu ciężko wstać.
Wychodzimy o wpół piątej. Taxi samo się znalazło, nawet o tak dzikiej godzinie ;)
Na dworcu (Hua Lamphong) nie ma problemu, żeby się połapać, jest rozkład, pociąg do granicy o 5:55 czyli zgodnie z moimi informacjami. Bilet kosztuje 48 bahtów za trzecią klasę. Pociąg odjeżdża punktualnie.

We wake up at half past three. It's hard to get up after two hours of sleeping.

na dworcu Hua Lamphong / at the Hua Lamphong railway station

Zanim na dobre opuszczamy Bangkok, mijają prawie dwie godziny. Możemy obejrzeć city. Wysokie szklane wieżowce kawałek dalej sąsiadują z niesamowitym syfem tuż przy torach. Hmm, przy całej mojej tolerancji, cieszę się, że tu nie mieszkam ;)
Za to gdy już faktycznie wyjeżdżamy z Bangkoku, zaczynają się wioski. Są drewniane domki na palach, bananowe gaje, palmy i pola ryżowe. I nieliczne miasta po drodze.
W pierwszym wagonie, gdzie i my siedzimy, w przedniej części jest wydzielone miejsce dla mnichów i policjantów.
Jechaliśmy ponad godzinę dłużej, niż rozkład przewidywał. W końcu nawet mi zaczęło się nudzić ;) W Aranyaprathet od razu zgarnia nas tuk-tukowiec, chyba jakiś szef. Musimy wziąć dwa, bo do jednego z bagażami nie ma szans się wpakować.
Do granicy jest rzut beretem, ale na dreptanie z bagażami pieszo trochę daleko. Robimy zakupy na drogę w pobliskim markecie, jeszcze za bathy.

It takes almost two hours to leave Bangkok cempletely.

poczekalnia na dworcu / waiting room at a railwway station

Bałagan tu okropny i śmierdzi też przeokropnie (na granicy, nie w sklepie ;) ).
Najpierw musimy opuścić Tajlandię, co kłopotu nie sprawia, pod warunkiem, że nie zgubiło się papierka imigration form ;) Jeśli się zgubiło, trzeba po prostu wypełnić nowy.
I teraz dopiero zaczyna się przprawa. Na początek trzeba wypełnić deklarację zdrowotną. W zamian dostaje się żółtą kartkę z informacjami o chorobach.
Następny punkt programu to wiza. Trzeba wypełnić kolejny papierek, koleś w mundurze sprawdza, czy ok. Kolejka nieduża. Wiza kosztuje 30 dolarów zamiast 20 – takie informacje były na oficjalnej stronie przed wyjazdem. Hmm, ciekawe, czy podwyższyli, czy to kolejny trick mafii urzędniczo-granicznej?!
PS. Sprawdziłam na oficjalnej stronie – faktycznie podwyższyli cenę.
Zbierają też dodatkowo od każdego po 100 bathów.w okienku siedzi czterech, dwóch stoi przed. Próbujemy się kłócić i dyskutować, ale się nie daje… Nie nabierają się na gadki typu ‘ale na górze jest napisane 30 dolarów’. Kurka felek, trzeba dać. W przeciwnym wypadku czekalibyśmy nie wiadomo ile czasu, a tak wiza cudownie jest w paszporcie po nawet nie pięciu minutach...
Zła jestem okropnie, mieliśmy w planie nie dać się na łapówę naciągnąć i nie chodzi tu bynajmniej o kasę, tylko o zasadę. No nic. Dalej jeszcze potrzebna jest pieczątka w paszporcie. Trzeba wypełnić kolejny papierek – imigration form. Tu już kolejka nieco większa. Przy kontroli robią zdjęcie i zbierają odciski palców. Hmm, nie lubię tego, za wiele danych później mają.
Spotykamy parę, która dała się wrobić na hotel – zapłacili 1600 bathów za wizę i jeszcze 300 bathów za hotel, który dostali w pakiecie. O takim przekręcie nie czytałam. Oni tu są coraz bardziej pomysłowi z tego wynika, w przekrętach na turystach. Jak o jednym się ludzie z netu dowiedzą i się nie dają, to wymyślają coś nowego. Szkoda, bo to do kraju bardzo zniechęca.
Cała procedura zajęła trzy godziny, łącznie ze znalezieniem taksówki. Zastanawiamy się czym jechać, ale w końcu plus jest dla taxi taki, że niewiele drożej, a jednak wygodniej.
Jeden z kolesi próbował nam wmawiać, że mapa w przewodniku, na którą patrzymy, to mapa Poipet, a nie Siem Reap. Pozostawię to bez komentarza ;)
Koleś, który nam taxi załatwił, wcale nie był kierowcą, tylko naganiaczem, jak się okazało, tu też niestety mafia działa na całego.

There is mess