Ten blog
Ten blog
 
 
 
 

 świat / world  >>  tajlandia i kambodża 2014  >>  phnom penh

cb
Kambodża - Phnom Penh
28.10.2014
10 396 km

Rano leje. Wczorajsze poszukiwanie jedzenia skończyło się na zamówieniu sanwicha w hotelu za dwa dolce. Bilet na autobus do stolicy też kupowaliśmy w hotelu (10 dolców). Kazali nam być na dole o siódmej. Planowy odjazd o ósmej, busik przyjechał za kwadrans. Była też opcja dużego autokaru, który jednak jest wolniejszy, bo traci czas na jakieś niepotrzebne restauracje.
Z miasta wyjeżdżamy o ósmej. Nasze plecaki są upchane na podłodze, niektóre pod nogami innych pasażerów. Domyślcie się, jak wyglądały po tej podróży ;)
Chciałam pisać, ale trzęsło tak, że się nie dało ;)
Za to mogłam ze spokojem poprzyglądać się okolicy. U nas widać pola zboża, wioski i kościoły. Tu – pola ryżowe, wioski i świątynie. I palmy. I cumulusy. Wioski są kompletnie inne, domki drewniane, na palach, w otoczeniu palm i bananowców. Naprawdę cieszę się, że jest mi dane to oglądać, bo obrazy te pozostaną ze mną na długo, tak samo jak obrazy innych pięknych miejsc, które widziałam wcześniej.

It's raining in the morning.

widoki po drodze / views on the way

Przystanek jest w połowie drogi, w Kampong Thom. Pasażerowie idą jeść do restauracji, my idziemy choć trochę pozwiedzać. Jest to okolica dworca, więc pełno to sklepików i straganów ze wszystkim.
Po kwadransie ruszamy dalej. Droga stąd do stolicy to właściwie off-road. Kierowca wcale nie jedzie wolno, więc trzęsie niesamowicie. Twardy dysk w głowie przechodzi piekło ;) Dwie starsze panie siedzące z przodu wciąż się do nas odwracają i uśmiechają, takim prawdziwym, szczerym uśmiechem :)
I dzięki tej trzęsiączce o pierwszej jesteśmy już w Phnom Penh.
Gdy wysiadamy z busika, od razu dopadają nas tuk-tukowcy. Wołają jeden przez drugiego, nie wiem, na jakiej zasadzie decydują, który ma nas zawieźć. Gdy przyjeżdża kolejny busik, jest dokładnie to samo.
W końcu ustalamy, gdzie chcemy dojechać i jedziemy. Nie mamy żadnej rezerwacji tym razem, więc koleś trochę nas wozi. W pierwszym nie ma pokoi. W drugim, trochę dalej od centrum, są po 14 dolców za trójkę. Zostajemy. Hotel jest wielki, dobrze, że są strzałki do pokoi.

We have a stop in the middle of the way.

obiad / the dinner

Chwila przerwy na złapanie oddechu i idziemy do miasta. Szukamy czegoś do jedzenia. W końcu trafiamy na wietnamską knajpkę, gdzie przychodzą miejscowi. Makaron jest pycha. I mam okazję spróbować kiełków ryżowych. Smakują trochę jak miękka rzodkiewka ;)
Idziemy dalej w kierunku pałacu. Trafiamy na bardzo ruchliwe skrzyżowanie. I spotykamy Anglika, który przyjeżdża tu od kilku lat i daje dobre rady. I dowiaduję się w końcu cóż to takiego w żółtym kolorze sprzedawane jest na ulicach w plastikowych butelkach (raz widziałam nawet w butelkach po whiskaczu, przy jakiejś knajpie). To stacja benzynowa ;) Przy okazji obserwuję ruch na skrzyżowaniu. Można by tak patrzeć w nieskończoność prawie.

A

przed Pałacem Królewskim / in front of the Royal Palace

Idziemy dalej w kierunku Mekongu. Pałac niby mimo święta ma być jutro otwarty. Za bardzo nic nie widać, bo wszystko jest otoczone wysokim murem i jeszcze blachą falistą od góry. Nad rzeką z początku na nic ciekawego właściwie nie natrafiliśmy, pełno policji.
Idziemy dalej i tam dopiero zaczyna się nadrzeczna panorama. Są palmy i kwiaty lotosu do kupienia, ludzie siedzą sobie. Kobiety przy stolikach i lampkach grają w karty.
Pałac jest pięknie oświetlony. W środku też, choć do bramy nikt się nie zbliża. Wszystko udekorowane na jutrzejsze uroczystości, pełno plakatów z królem. Powoli kierujemy się w stronę hotelu. I po drodze natrafiamy na uliczną jadłodajnię. Można zjeść panierowane udka albo skrzydełka albo... żabę. Żaba smakuje normalnie ;) Gdy powoli już kończymy, nagle... wybuch. Okazuje się, że to sztuczne ognie nad rzeką. Zdążyliśmy wrócić, a one jeszcze były! Z niewielką częstotliwością, odwrotnie niż u nas, ale za to trwało to o wiele dłużej. I wszystko odbijało się w wodach Mekongu. Super!
W końcu wracamy do hotelu. Chwilkę błądzimy, bo GPS się zamotał, ale w końcu trafiamy. GPS to fajna sprawa, doprowadzi tam, gdzie się chce. O mapę tu ciężko. Fakt, że OSMdroid w Kambodży strajkował.

We