Ten blog
Ten blog
 
 
 
 

 świat / world  >>  tajlandia i kambodża 2014  >>  poipet


Tajlandia i Kambodża / Thailand and Cambodia 2014


nie tak miało być / it was not supposed to be the way it was

cb
Kambodża - Poipet
3.11.2014
11 285 km

Autobus przyjeżdża lekko spóźniony. To autobus nocny w pakiecie z przekroczeniem granicy. Zamiast siedzeń są łóżka, ale tak małe i krótkie, że położyć się w tym za cholerę jakoś normalnie nie da. W dodatku na jednym muszą się zmieścić dwie osoby.
A żeby tego było mało, okazuje się, że wsiadają osoby, które jadą do Wietnamu, inne do Hong Kongu, a kilka, jak my, do Bangkoku. Informacji zero. Pytamy kierowcy czy Bangkok, on, że tak, pytamy, czy Ho Chi Minh, on, że tak, Hong Kong też tak. Zamotka powstaje niezła, przy naszym czynnym udziale, bo naprawdę nie wiadomo o co chodzi ;) My pytamy ludzi, ludzie pytają kierowców. W końcu jeden się zlitował i powiedział, że w Phnom Penh będzie zmiana autobusu. Hmm, a my myśleliśmy, że pojedziemy prosto do Bangkoku, innym przejściem niż to w Poipet. A więc będziemy raz jeszcze w stolicy. Nie taki był plan...
Amerykanin, który wsiadł, przeraził się trochę, gdy zobaczył te mikroskopijne 'łóżka', poprzeklinał, 'no fucking way', zabrał plecak i sobie poszedł. I tym sposobem Lucek miał całe jedno łóżko dla siebie ;)
Naprawdę wesoły autobus mieliśmy ;)

The bus

ciężarówy / trucks

Zmrużyć oka w takich warunkach nie sposób.
W stolicy jesteśmy po północy. Przy nocnym markecie sterty śmieci, śmierdzi, rzuca się to w oczy okropnie i aż nie chce się na to patrzeć po tym, czego naoglądaliśmy się przez ostatnie trzy dni.
Znów informacji zero, na pytanie, czy mamy wysiadać, obsługa mówi, że tak, na pytanie, czy mamy zostać, też mówią, że tak. I bądź tu człowieku mądry.
No ale wszyscy wysiadają, więc my też. Pytam takiego najbardziej po angielsku kumatego, mówi, że z tyłu, no dobra, przesiadamy się na inny autobus.
Ten jest trochę wygodniejszy, łóżka są nieco dłuższe, więc można się choć trochę wyciągnąć. Szkoda tylko, że miejsca mamy tym razem na dole i zamiast połowy okna jest jakaś decha, która skutecznie przesłania widok. I nie pytajcie o czystość w luku bagażowym, zanim władowali nasze plecaki, władowali też spory silnik ;)

It's not possible to sleep

amortyzatory kupuje się na ulicy / ...........

Wyjeżdżamy o pierwszej. Nad ranem autobus się zatrzymuje i też zero informacji, że można iść do toalety...
Gdy robi się jasno, można popatrzeć sobie jeszcze na Kambodżę. Na granicy jesteśmy koło dziewiątej. Oczywiście musimy przekroczyć ją pieszo. Bagaże wyjęte z luku bagażowego wyglądają tak, że szkoda gadać. I znów ten okropny smród na granicy.
W tą stronę procedura jest szybsza, mniej skomplikowana i bez płacenia haraczu.
Już w Tajlandii idziemy przed siebie nie za bardzo wiedząc dokąd. Mamy co prawda jakieś identyfikatory, które nam dali, ale pytamy po drodze. Czytałam, że ktoś miał ludzi wyłapywać po identyfikatorach, ale nic takiego się nie dzieje. W końcu docieramy na nasz 'przystanek' w pobliżu marketu.
Jeden busik odjeżdża bez nas, bo niby mają ful, a trzech osób nie chcą razem zabrać. Ciekawe, bo władowali trzy osoby, które przyszło po nas... W międzyczasie odjeżdża też jakiś busik z grupą. Następny niby za pół godziny. Koleś mówił wcześniej do Lucka, że jak nie pojedzie sam, to poczeka baaaardzo długo. Siadam na zewnątrz, bo w kantorku, gdzie każą wszystkim czekać jest zimno jak jasna cholera.
Idziemy poszukać toalety (5 bathów), która jest na pobliskim bazarze, który też przy okazji zwiedzamy. Same ciuchy, nic ciekawego.
Dość już mam tej podróży. Kto wie, jakbyśmy pojechali sami, to pewnie już byśmy byli w Bangkoku. No i taniej.
W końcu ładujemy się do kolejnego busika. Bagaże leżą na przednim siedzeniu, mój prawie na samym dole. Ja za nimi. Dobrze, że busik nie ma kosmicznego przyspieszenia, bo były by na mojej głowie ;)
Jedziemy szybko, więc tak też mija podróż. Policja czy też wojsko na każdym kroku, mijamy kilka kontroli. Jedna nas zatrzymuje, ale koleś tylko zagląda do środka i każe jechać dalej.
Busik zatrzymuje się na stacji, gdzie jest 7-eleven. Wypatrzyłam w lodówce loda Algidy o smaku granatu – pycha!

We