Ten blog
Ten blog
 
 
 
 

 świat / world  >>  tajlandia i kambodża 2014  >>  kanchanaburi

th
Tajlandia - Kanchanaburi
4.11.2014
11 614 km

Spałam pięć godzin. Chyba faktycznie wyśpię się dopiero po powrocie do domu ;) Wychodzimy przed siódmą. Taksiarz pod hostelem chce 400 bathów za kurs do dworca, kawałek dalej łapiemy tuk-tuka za sto.
Przy dworcu jest targ, można kupić owoce na drogę. A jeśli ktoś nie kupi, to jedzenie samo go w pociągu znajdzie ;)
Już na dzień dobry pociąg na dwadzieścia minut opóźnienia. Ale za to można sobie pooglądać pociągi i lokomotywy – same dieselki.
W końcu wsiadamy w pociąg i jedziemy do Kanchanamburi. W pociągu mieli być sami Tajowie, bo to trzecia klasa przecież (100 b), a są prawie sami turyści... Dworce i tory ładnie poodnawiane, widać, że chyba pod turystów jednak ten pociąg jest. Fajnie się jedzie.

I slept five hours.

lokomotywa / locomotive

Do Kanchanamburi dojeżdżamy prawie punktualnie. Taksiarz zgarnia nas od razu i za 50 bathów wiezie nas nad rzekę. Domek jest tani i faktycznie na rzece. Z widokiem na przepływające łodzie i motorówki. Pokoje na tyłach, na stałym lądzie też są. Zaczyna padać, więc idziemy coś zjeść do hotelowej restauracji też z widokiem na rzekę. Jedzenie niedrogie, ale makaron w padthai jest rozgotowany i nie jest dobre.

We .

chiński cmentarz / chinese cementary

W końcu docieramy do dworca autobusowego. Do Ayutthaya można dojechać autobusem, ale z przesiadką w ........ Inna opcja, to wrócić pociągiem do Bangkoku i po zmianie dworca też pociągiem do Ayutthaya. Czasowo mniej więcej na to samo wychodzi. Wolałabym pociągiem, ale te stare autobusy są super, malowane w kolorowe wzory.
Pan policjant robi nam po kryjomu fotki ;) Potem ten sam pan policjant pomaga Luckowi, który potrzebuje zaświadczenie o zgubieniu telefonu. Lucek jedzie z policjantami na komisariat, a my idziemy dalej zwiedzać miasto.
Mijamy jakieś stare drewniane domy. Dalej jest wskazówka do JATH i świątyni Wat ...........

We .

bazar / market

Przy świątyni jest bardzo dziwny chyba cmentarz, płyty wmurowane w ściany. No dobra, u nas też takie płyty są na ścianach kościołów, ale tu są jedne przy drugich i miejsce na kadzidełka.
Akurat zaczyna się modlitwa, słychać ją z głośników wszędzie dookoła. Przed nami jest coś w kształcie wielkiej łodzi, ale nie wiadomo cóż to jest.
Siadamy na chwilę pod daszkiem, bo znów pada. Na szczęście niedługo. Idziemy obejrzeć ową łódź. Do środka nie da się wejść, bo koleś w międzyczasie zamknął. Okazuje się, że dookoła jest całe jakby miasteczko mnichów, jest szkoła, krematorium i jakaś rezydencja. Szkoda, że już za ciemno na fotki.

We .

przy świątyni / near the temple

Niebo wciąż się chmurzy, zanosi się na kolejny deszcz, więc kierujemy się już do hotelu. Kanchanamburi jest bardzo rozciągnięte z północy na południe, co powoduje, że odległości są spore.
Po drodze jest pełno restauracji na sporych połączonych z sobą platformach, które pływają na wodzie. Są ładnie oświetlone, choć w większości puste, wygląda, jakby jeszcze nie zaczął się tu sezon. Super to wygląda. Na jednej jakiś koleś gra i śpiewa.

We .

restauracje na wodzie / restaurants on water

Idziemy dalej i znów zaczyna padać. Czekamy dwadzieścia minut w sklepiku, ale jakoś się nie zanosi, żeby miało przestać. Do hotelu wciąż daleko, a jak na złość nie widać kompletnie żadnej taksówki ani tuk-tuka, nic. Ubieram pelerynę foliową (a już miałam nadzieję, że się nie przyda) i idziemy. Nie jest to zbyt przyjemne, w dodatku czepia się nas jakiś chłopaczek - dwa razy - i to w sposób taki, że miał szczęście, że był na rowerze, bo jakbym go dorwała, to nie wiem, co bym mu zrobiła :/ Wniosek: na ulicach Azji niekoniecznie jest bezpiecznie. Nawet, jeśli unika się podejrzanych miejsc.
W takim deszczu przemoczonym się jest raz dwa, a ciuchy nie chcą schnąć. Więc deszcz bardzo potrafi popsuć szyki. My akurat i tak mieliśmy raczej szczęście. Padać przestaje dopiero dobrze po dziewiątej, więc nigdzie już nie idziemy.
Rzeką przepływa kolejna pływająca restauracja, ciągnięta przez łódź. A na niej impreza.

We .