Ten blog
Ten blog
 
 
 
 

 świat / world  >>  tajlandia i kambodża 2014  >>  kanchanaburi


Tajlandia i Kambodża / Thailand and Cambodia 2014


muzeum, most i pociąg / the museum, the bridge and the train

th
Tajlandia - Kanchanaburi
5.11.2014
11 618 km

Rano pierwsza jest kawa w naszej restauracji. Śniadania nie chcemy tam jeść, więc idziemy do miasta. Dalej jeszcze na północ. Okazuje się, że jest tu cała ulica z dzielnicą europejską, dla białych. Mnóstwo tu knajp, tylko o tej godzinie wszystko jeszcze pozamykane. Na szczęście znaleźliśmy Monkey Bar, gdzie jemy porządne śniadanie. Trochę dziwnie zajadać makaron na śniadanie, ale czeka nas dziś długi dzień.

I slept five hours.

Don Rak Road

Idziemy dalej w kierunku mostu na rzece Kwai. A właściwie Khwae. Niezły to hektar. Po drodze skręcamy w lewo, żeby zobaczyć most z daleka. I trafiamy na Bamboo House. Są tu piękne i zadbane domki nad stawkiem i na rzece. Widok też jest. Ładnie tu, tylko bardzo daleko od centrum.
Dalej po drodze jest jedno z Jeath Museum, czyli Muzeum Wojny (40 b). Jest sporo informacji o więźniach, o tym, jak most był budowany. Tylko żeby to wszystko przeczytać, trzeba by poświęcić na to cały dzień. A historia jest ciekawa, choć nie do końca prawdziwa – na jednym ze zdjęć jest podpis, że Niemcy zaatakowali Polskę 9.04.1940 r. I inne podobne kwiatki. Ale fotki same w sobie bardzo ciekawe.
W jednej z sal jest urna ze szczątkami więźniów amerykańskich. Przed nią goście zostawiają fajki... Wzruszające...

We .

pan, który rzeźbi kamień mydlany. powstają z niego piękne kolorowe kwiatki
the man who sculpts soap stone to beautiful colourful flowers

Jest kolekcja maszyn do pisania. I pieniążków. Wśród nich stówa z Wyszyńskim. Która wisi w niewłaściwym okresie. Ale takimi rzeczami chyba nikt się tu nie przejmuje ;)
Jest też jedna świątynia. Z ilością figurek i bóstw na metr kwadratowy przekraczającą wszelkie normy ;)
W innym kilkupiętrowym budynku są wystawy jakiś chińskich rzeczy. Niektóre są piękne, ze srebra, cudnie zdobione. Dlaczego nie ma takich pamiątek? Jest też pełno broni.
Na tarasie samolot i śmigłowiec i widok na most. Przy wejściu jest zardzewiały parowóz.
Generalnie muzeum bardzo ciekawe, warte odwiedzenia i nie jest tylko o wojnie, jak sugeruje nazwa. Tylko warto by jednak poświęcić mu więcej czasu.

We .

kolejka / the small train

Dalej już jest most. Ten słynny most na Rzece Kwai.
Aż się tu roi od turystów. Wsiadamy w kolejkę, która jedzie na zachód przez most. Ale tylko kawałek, za najbliższy przejazd. Mimo to warto się przejechać. Wciąż w głowie mi siedzi ilość istnień, które zostały poświęcone, żeby zbudować to wszystko tak szybko.
Żal mi tylko, że nie pojechaliśmy dużym pociągiem do Nam Tok.

We .

parowóz / steam train

Kawałek za stacją stoją parowozy.
A wszędzie dookoła jeden wielki bazar. Są ciuchy, ładne koszulki tańsze i lepsze jakościowo niż te w Bangkoku. Pełno rzeczy do jedzenia, takich do zabrania z sobą. Jest pełno biżuterii, srebro, złoto i mnóstwo kolorowych kamieni. Raj ;) Na tyłach jest spory sklep z pamiątkami w cenach wyprzedażowych. Ceny sporo mniejsze niż z przodu.
Poza tym można się pobawić chwilę z tygryskiem :) Za odpowiednią opłatą oczywiście ;)
W końcu jesteśmy już zmęczeni, więc wracamy taksówką do hotelu. Chwila odpoczynku i idziemy dalej.

We .

tygrys

Chcemy dojść na drugi cmentarz. Jest daleko w cholerę, więc ustalamy, że pójdziemy w tamtym kierunku, a po drodze złapiemy taxi. Idziemy, idziemy, przekraczamy rzekę, przy której jest jakaś nowa świątynia. A taksówki zero. Mijamy wesołe miasteczko, które wieczorem było ładnie oświetlone. Jest i scena, jakby coś się tu potem miało dziać. Za rzeką rozstaje dróg, miasto się już kończy i dzień też. I ani grama taksówki. Chyba trzeba wracać, bo dalej drałować nie ma sensu.

We .

nowa świątynia / a new temple

Wchodzimy do jakiejś nieczynnej restauracji przy drodze. Pytamy o taksi. Na szczęście jest koleś bardziej kumaty po angielsku. Odwozi nas do hotelu swoją Toyotą za stówę. Super :)
Głodni jesteśmy już okropnie, więc idziemy na ulicę dla białych. Lucek wyczaił wczoraj fajną knajpę. Jest pełna ludzi, głównie miejscowych. Siedzą tu sobie, jedzą i gadają. O stolik ciężko, ale coś się znalazło. Obsługa nie mówi po angielsku :) Jedzenie pycha.
Potem idziemy się jeszcze przejść ulicą, która dopiero wieczorem ożywa. Jest knajpa na knajpie, muzyka, wszystko ładnie oświetlone. Fajny klimat. Białych tu sporo, ale tłumów nie ma.
Jest też market, w którym można kupić różne ciekawe rzeczy na spróbę.
Wracamy do hotelu i siadamy na tarasie, który wychodzi na rzekę. Śmiechu jest co nie miara. Płyną już krathongi. Wyławiamy jednego, który blisko płynie, żeby z powrotem go zapalić, bo zgasł. Super :)
W wesołym miasteczku faktycznie jest jakiś koncert, który trwa do północy.

We .