Ten blog
Ten blog
 
 
 
 

 świat / world  >>  tajlandia i kambodża 2014  >>  ayutthaya


Tajlandia i Kambodża / Thailand and Cambodia 2014


w poszukiwaniu krathongów / looking for krathongs

th
Tajlandia - Ayutthaya
6.11.2014
11 731 km

Pobudka znów wcześnie. Wychodzimy o wpół ósmej. Pani w recepcji dzwoni po taksówkę. Tym razem taxi jest prawie jak tuk-tuk ale jakoś udało nam się z plecakami władować.
Gdy dojeżdżamy do dworca, autobus właśnie odjeżdża. Zgarnia nas od razu pani bileterka. Kasuje po 50 bathów, ale biletów ani myśli nam dać.
Autobus jest super, stary i kolorowy, jeden z tych, których pełno tu na ulicach widać. Jest prawie pusty, może dlatego, że dziś jest święto Loy Krathong. Dzieciaki w szkołach też świętują, widać po drodze, że stoją na apelach. Sklepów też wiele pozamykanych. Tylko warsztaty samochodowe pracują.

I

dziewczyny robią krathongi / the girls are making krathongs

Wleczemy się bardzo powoli. Podróż do San.... Buri trwa ponad dwie godziny. Gdy wysiadamy, od razu zgarniają nas do okienka, gdzie kupujemy bilety do Ayutthaya (80 b) i już ładujemy się do minibusa. Nie trwało to nawet pięć minut, taka organizacja ;)
Teraz już podróż mija raz dwa, o wpół pierwszej jesteśmy w Ayutthaya. Tuk-tukiem jedziemy do hotelu.
Check-in jest teoretycznie od czternastej, ale oni od razu prowadzą nas do pokoju. Hmm, jest jeden mały problem, zamek w drzwiach się popsuł. Gospodarz chodzi wkurzony jak osa i po pół godzinie grzebania na górze, jedzie po nowy zamek.
My idziemy poszukać obiadu, bo w hotelowej restauracji ceny kompletnie nieciekawe. Plecaki kazali nam zostawić w innym pokoju, a jak nasz będzie naprawiony, to przeniosą.

We .

w świątyni / in a temple

Kawałek dalej jest knajpa tajska i dla Tajów. Niestety już zamykają. Obok jest druga, dla 'białych'. Wygląda ładnie, ale jedzenie, hmm, niezbyt dobre. Przy knajpie siedzą dziewczyny i robią krathongi. Takie prawdziwe, na chlebkach, a nie plastikowe ze sklepów dla turystów :) Wreszcie to widać :)
Umówiliśmy się z tuk-tukowcem na trzecią. Pan wciąż naprawia zamek. A właściwie przyszedł po chwili, a nasze plecaki już tam były, bez żadnej ochrony. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby nie był to hotel, do którego autokarami przywożeni są turyści.
No ale w końcu zamek jest naprawiony, więc możemy spokojnie jechać zwiedzać.

We .

Wat Chaiwattharam

Zaczynamy już dziś, bo do zobaczenia jest sporo, a mamy jeszcze całe popołudnie.
Na początek tuk-tukowiec wiezie nas do Wat Chaiwattharam (50 b). Wow! Po Angkor Wat miałam już dość świątyń, ale ta znów robi wrażenie. Stoi nad rzeką, na zielonej trawce. W otoczeniu wielu posągów Buddy bez głów. Składa się z wielkiej stupy w otoczeniu wielu mniejszych, co ma symbolizować Mount Meru – miejsce zamieszkania bogów.
Wat Chaiwattharam powstała w 1630 roku, zbudowana przez króla Prasat Thonga na cześć jego matki. Jest repliką świątyni Angkor i była królewską świątynią.

We .

Phra Mongkhon Bophit

Później jedziemy zobaczyć Phra Mongkhon Bophit (bez opłat), czyli jeden z największych posągów siedzącego Buddy w Tajlandii. Z początku stał na powietrzu, ale w końcu zbudowano mu schronienie. Później głowa posągu została zniszczona przez piorun, ale został on odnowiony i wtedy też zbudowano mu pagodę w dzisiejszym kształcie.
Na wielkim placu przed Phra Mongkhon Bophit odbywały się niegdyś królewskie ceremonie.

We .

Wat Phra Si Sanphet

Tuż obok są kolejne ruiny – Wat Phra Si Sanphet (50 b). Są super. To takie bardzo fotograficzne miejsce i nawet kapiący przez kilkanaście minut deszcz mi nie przeszkadza.
Gdy powstała w piętnastym wieku, świątynia była częścią Wielkiego Pałacu i słyżyła jako królewska kaplica, a w czasach świetności miasta była też największą w nim świątynią.
W trzech stupach spoczywają prochy trzech króli Ayutthaya.

We .

na bazarze / at the market

Idziemy szukać krathongów. Jezior i stawów jest tu sporo, ale nad żadnym nic się nie dzieje. Powoli się juz ściemnia. Idziemy przez park ze stawami. Przyczepił się do nas jakiś koleś. Idzie za nami i idzie, chrząka jakoś dziwnie, naćpany chyba był, bo w ogóle nie było można zrozumieć, o co mu chodzi. W końcu dał nam spokój, ale stracha lekkiego napędził.
Dalej trafiamy na jakieś miejsce, gdzie najwyraźniej coś się dzieje. Ludzie wchodzą do środka, ale pokazują bilety. Koncert jakiś czy co?
W końcu ktoś do nas podchodzi i zaprasza do środka, prowadzi do kasy. Wchodzimy za niewielką opłatą. A tam... stragany i tylko stragany. Hmm. No ok, i tak nie mamy nic do roboty, no ale wciąż dziwi mnie zwyczaj płacenia za wejście na bazar.
Miejsce dość ciekawe, trzeba przyznać, można dostać tu chyba wszystko, od mebli, przez ozdoby gwiazdkowe (!) po mnóstwo pyszności. Naleśniki z bananem i czekoladą są rewelacyjne.

We .

krathongi

Jest też małe jeziorko, gdzie ludzie puszczają krathongi. Ja też idę kupić i puszczam swojego :) Może nie do końca tak to sobie wyobrażałam, ale tradycji stało się zadość :) Szkoda tylko, że nie mogłam się tą chwilę nacieszyć nieco dłużej...
Wracamy na chwilę do hotelu i wychodzimy jeszcze w drugą stronę, poszukać jednak jeszcze krathongów. Najbliżej do rzeki było na wschód. Trochę ich po rzece płynęło. Kilka osób puszczało lampiony, ogromne, nie takie małe jak u nas.
Były tez fajerwerki, ale te najładniejsze, na południu, za daleko, żeby iść. No i teraz, nad rzeką, dopiero widać, skąd najwięcej lampionów startuje. Chyba jednak z pałacu i z tej świątyni, w której byliśmy wcześniej. Cóż, wtopiliśmy, żal mi okropnie.
Wracamy do hotelu. Na ulicy widać stado szczurów. Zahaczamy jeszcze o kilka Seven-11, bo skończyła mi się Mugga. W żadnym nie ma... Wychodzi na to, że można je dostać tylko w Bangkoku, a ten, który kupiłam został w Bangkoku w bagażu.
Dopiero z hotelu, koło jedenastej, słychać największe natężenie fajerwerków. Naprawdę jestem wkurzona, że zamiast oglądać jedno z największych świąt, to my, jak idioci, siedzimy w hotelu. Gdybym wiedziała, że tak będzie, to bym sobie to nieco inaczej zorganizowała :( Szkoda. Taka okazja prędko się pewnie nie powtórzy :(

We .