Ten blog
Ten blog
 
 
 
 

 świat / world  >>  chile, boliwia, peru 2017  >>  uyuni


Chile, Boliwia i Peru 2017


podglądam miejscowe życie / I'm watching life

bl
Boliwia - Uyuni - 3 653 m n.p.m.
20.04.2017
15 394 km

Na pożegnalny obiad jedziemy do pobliskiej jadłodajni, która wygląda jak trochę lepsza stołówka :) Jedzonko pycha – kurczak, makaron i zielenina. No i nareszcie jest mi ciepło ;)
Kierowca dostaje od nas stówę napiwku... Odstawia nas do biura wcześniej niż wycieczka przewiduje. Trzeba się jeszcze podpisać, że się dojechało, co zajmuje kupę czasu.
Ale w biurze jest wifi (od granicy boliwijskiej zasięgu nie dało się uświadczyć, o internecie nie wspominając), więc prawie wszyscy toną w telefonach i ciężko ich oderwać, żeby iść dalej. Po kolejnym chamskim incydencie oddycham z ulgą, że części osób już nie będę oglądać...

For a good bye dinner we go to a nearby eating house - it looks like a better canteen :) Food is yummy - chicken, pasta and green things. And finally I don't feel cold ;)'

foto

Najpierw chcemy znaleźć cambio, czyli kantor, ale na razie wszystko pozamykane, sjesta trwa do trzeciej.
W uliczkach jest ogromne mercado ze wszystkim – dosłownie. Można też zjeść. Atmosfera nadal podminowana, no ale i tak bywa na wyprawach.
W końcu znajdujemy miejsce, skąd odjeżdżają autobusy do Potosi. Nie wiem, jak się to miejsce udało znaleźć, na mojej mapie nie było żadnego przystanku, ani dworca. Jest to po prostu w centrum. Tych autobusów jest bardzo dużo, najbliższy odjeżdża o czwartej (bilet 30 BOB, miejsca numerowane, proszę o okno).

First we wanna find cambio = change, but as far everything is closed - siesta is until 3 p.m.

foto

Mamy półtorej godziny, więc idziemy do miasta. W kantorze wymieniamy kasę, choć pani ma jakiś problem z niektórymi dolarowymi banknotami (wcale nie starymi). Odrzuciła mi pięć pięćdziesiątek, z naprawdę mikroskopijnymi rozdarciami. Właściwie to nawet nie rozdarcia były, bo tego pilnuję, do teraz nie wiem, o co jej chodziło.
Jak każę jej wymienić bardzo naddarte 20 bobów, to wielce obrażona mina i mówi, że w Boliwii nie ma to znaczenia. A właśnie, że ma – nie wszyscy chcą przyjmować podarte banknoty, o czym się na własnej skórze przekonaliśmy.
Kurs jest o wiele lepszy niż w San Pedro (tam 6, tu 6,9. za drobniaki jest grosik mniej).

We have one and half an hour. So we walk to the city.

foto

Mamy jeszcze trochę czasu do autobusu – wszyscy chcą usiąść na piwo, tylko nie mogą się zdecydować gdzie. W końcu pada na miejsce bardzo drogie, na szlaku, który każdy turysta tu pokonuje – z biura do autobusu. Mi się piwa nie chce, a mam ochotę połazić, bo to w końcu pierwszy dzień w Boliwii i boliwijskiej cywilizacji. Mam ochotę popodglądać trochę tutejsze życie, pozaglądać do sklepów. Więc urywam się na pół godziny, krążę uliczkami, przyglądam się ludziom. A ludzie mi ;) Super!
Po ulicach chodzą starsze Indianki w tradycyjnych strojach – kloszowanych spódnicach i kapeluszach, z dzieciakami za rękę, albo zawiniętymi na plechach w chustach. Super, podoba mi się, bo takie właśnie obrazki chciałam tu zobaczyć :)
Kupuję sobie na pamiątkę maleńką lamę i breloczek z soli – później już takich rzeczy nie będzie.
Przydałoby się więcej czasu, no ale trzeba wracać do ludzi i udać się w kierunku autobusów. Po drodze kupujemy pycha ananasa za 2 boby.

I can see old Indian women on the streets - they wear traditional dresses and hats'