Ten blog
Ten blog
 
 
 
 

 świat / world  >>  chile, boliwia, peru 2017  >>  cuzco


Chile, Boliwia i Peru 2017


w ładnym białym mieście / in a nice white town

pe
Peru - Cuzco - 3 400 m n.p.m.
27.04.2017
16 721 km

O piątej rano jesteśmy w Cuzco. Nadal jestem nieprzytomna. Do hostelu (nocleg 26 soli) zawozi nad taxi. Otwiera nam zaspana pani, choć na dworze już jasno. Pokoje już czekają, super, wreszcie można się wykąpać. Dostajemy też śniadanie (zamiast jutro), ale jest okropnie kiepskie. Znów jakieś puste bułki. Kapka masła i dżemu, nawet nie tyle, żeby dla każdego wystarczyło.
Chyba każdy z nas musi chwilę odpocząć. W końcu o pierwszej wychodzimy do miasta.

We're in Cuzco at five a.m.

foto

Pierwsze zadanie to zorganizować sobie trzy następne dni, czyli wycieczkę do Machu Picchu i Świętej Doliny. Paweł i Ewa idą się zorientować jak wygląda wypożyczenie auta, my idziemy szukać agencji, która mogłaby nam to zorganizować. Większość biur oferuje nam zafiksowane gotowe wycieczki, a my tak nie chcemy, bo mamy swój plan.
Jeden koleś zaproponował nam to, co niby chcemy, ale taki jest jakiś sam niezbyt przekonany do tego co mówi, że jestem przekonana, że to improwizacja. W końcu idziemy do centrum. Bardzo mi się podoba to miasto – jest zupełnie inne niż miejsca, które widzieliśmy dotąd. Jest ładne, dość czyste i zadbane. Widać wiele osób w garniturach.

The first thing to do is to organize the next three days = a trip to Machu Picchu and the Saint Valley.

foto

W końcu trafiamy do jeszcze jednej agencji, gdzie koleś gada dobrze po angielsku i nie ma problemu, żeby zaakceptować nasz plan. Koszt całości to 480 soli za osobę za trzy dni. Ze spaniem, kolacjami i śniadaniami.
Idziemy spotkać się z resztą ekipy, żeby przedyskutować opcje przy obiedzie. Najpierw trzeba go sobie znaleźć. Zaglądamy na jakieś piękne stare podwórko z małą jadłodajnią, gdzie starsze panie coś tam pichcą i podają do stolików pod parasolami na dziedzińcu porośniętym trawą. Dookoła stare kamienice z tradycyjnymi balkonami Super miejsce! Obiad kosztuje pięć soli. Jakieś super dobre nie było, ale najeść się można.

We slowly walk back.

foto

Wypożyczenie auta wychodzi nieco taniej niż wycieczka z agencji, ale jest to cena bez pełnego ubezpieczenia. Moim zdaniem nie ma co ryzykować. Wracamy do agencji i zostawiamy pieniążki... Dookoła są kantory.
Następnie idziemy kupić boleto turistico za 130 soli, czyli bilet combo na kilka mało atrakcyjnych rzeczy w mieście i miejsca w Świętej Dolinie. Bilet do Machu Picchu kupuje się osobno. Tyle kasy na to wszystko!!! No ale jest to jedno z najdroższych miejsc na świecie jeśli chodzi o zwiedzanie.
Dalej idziemy do muzeum. Zastanawiamy się, czy wejść, bo to w końcu słynna Świątynia Słońca, ale boleto turistico jej nie obejmuje. W końcu wchodzimy (wstęp 15 soli). Nic ciekawego tam nie ma tak naprawdę. Po Inkach zostały tylko ściany (mało), zabudowane w dodatku szkłem. Są jakieś obrazy, kościół. Najciekawszy jest chyba sam budynek z dziedzińcem w środku, ale ogólnie miejsce nie jest warte swej ceny.

Renting a car is a little bit cheaper then a trip from an agency. But the price of a car is witout full insurance.

foto

Idziemy uliczkami. Po drodze mijamy ściany zbudowane jeszcze przez Inków z ogromnych głazów. Faktycznie, są tak obrobione i połączone (bez zaprawy), że nic się między nie nie da wcisnąć. A żeby było bardziej zabawnie, to te głazy wcale nie są czworokątne ;) Jest nawet głaz, który ma dwanaście rogów! Te ściany są zbudowane tak, żeby przetrwały trzęsienia ziemi...
Opowiada nam o tym koleś sprzedający obrazki. Oczywiście chce nam coś sprzedać...
W bocznej uliczce, w ścianie tego samego budynku można zobaczyć pumę i węża – ważne symbole Inków. Samemu okropnie trudno je znaleźć, bo tych kształtów właściwie nie widać. Dopiero gdy spojrzy się na ściągę w postaci obrazka w pobliżu, to może faktycznie...
Dalej idziemy do Muzeum Historii Inków (10 soli, też nie ma w boleto turistico). I to jest bardzo fajne miejsce. Jest pokazane wszystko, od archeologii po jakieś bardziej współczesne rzeczy. Szkoda tylko, że niektóre są opisane tylko po hiszpańsku. No i niektóre rzeczy w ogóle nie są oświetlone, wielka szkoda!

We walk the streets.

foto

Opisane są różne plemiona Inków, które żyły w różnych regionach. Są naczynia z wyrzeźbionymi lub namalowanymi stworami albo wzorkami. W sumie podoba mi się. Potem idziemy powłóczyć się trochę uliczkami. Wchodzimy trochę (trochę, haha!) w górę do kościoła San Christobal, z nadzieją na ładny widok. Jest ładny widok! :) Widać całe miasto w dole i w górze. Przepięknie!
Powoli kierujemy się do Plaza de Armas, bo o piątej umówiliśmy się z resztą ekipy. Więc schodzimy w dół najpierw schodkami, a później ładną uliczką ze sklepami i knajpami. Ale i tak najwięcej życia jest na Plaza de Armas. Tłum, turyści i miejscowi, ale też zapewne kieszonkowcy, jak ostrzegają przewodniki.

It says about different tribes of Incas.

foto

Idziemy się przejść w kierunku Bramy Kamiennej. Mijamy kościół, jeden i drugi, zaglądamy na chwilę do środka. Ale to dopiero za bramą zaczyna się ruch, tumult, życie. Są też normalne (jak na Amerykę Południową) sklepy. Po tamtej stronie były same eleganckie, bezsensowne i drogie, a tu hulaj dusza :) Miga mi po drodze sklep z... tymi cudownymi kolorowymi na maksa materiałami, które można kupić na metry!
Muszę tu jeszcze wrócić, a teraz idziemy dalej i na Placu San Pedro trafiamy na mercado :) Które niestety powoli już pustoszeje, ale jeszcze udaje nam się coś złapać do zjedzenia. Nie mam za bardzo apetytu, zostawiam cały ryż (obiad 5 soli).

We walk to the Stone Gate. We pass by a church, one and another one, we take a look inside.

foto

Jedno z nas chce się spotkać z jakimś dawno nie widzianym kolegą w knajpie. Czekamy przed McDonaldem (tak, bo i takie miejsce tu jest). Podchodzi pani z zabawkami. Piękne są i już wcześniej takie chciałam, więc kupuję dwie. Gdy zapłaciłam pani momentalnie stała się niewrażliwa na moje zachwyty... spełniłam swoje zadanie...
W końcu kolega przychodzi, idziemy do jakiejś knajpy na piwo. Ja nie mam ochoty, bo zasypiam na stojąco, już nawet nie mam weny, żeby skupić się na rozmowie. O dziewiątej wracamy do hostelu. Tą samą główną aleją.
Spać oczywiście idę znów za późno, zostaje mi niecałe sześć godzin, niby dużo, ale w takim stanie jak jestem to zdecydowanie za mało. Rano znów trzeba się zerwać wcześnie.

One of us wants to meet a friend in a bar.