Ten blog
Ten blog
 
 
 
 

 świat / world  >>  chile, boliwia, peru 2017  >>  lima


Chile, Boliwia i Peru 2017


China Town, San Francesco i San Cristobal

pe
Peru - Lima
04.05.2017
18 432 km

Rafał budzi nas o dziewiątej. Chcę zapłacić... ten sam koleś uparcie chce spisać numery karty... Dobrze, że choć śniadanie jest urozmaicone. Wychodzimy w końcu o jedenastej. Idziemy najpierw do osób, które śpią w innym hotelu. Myślę o tym, żeby się przenieść, nawet kosztem wzięcia jedynki, no ale z braku czasu jest to raczej mało wykonalne...
Idziemy na Plaza San Martin. Na środku pomnik, dookoła białe kamienice. Wymieniam 20 euro. Idziemy dalej. Wrażenia jeśli chodzi o Limę mam podobne jak poprzednio – w ogóle mi się to miasto nie podoba... Jest brudne, hałaśliwe i nieciekawe ;)

Rafal wakes us up at nine.

foto

Kierujemy się do China Town. Widać tu trochę skośnych rysów. Swoją drogą Indianie i Chińczycy to bardzo ciekawe połączenie. Ale żeby to była prawdziwa China Town? Jest mercado, ale normalne, są sklepiki z chińskim badziewiem, są jakieś chińskie knajpy, ale po cenach sądząc to nie są ceny normalne, tylko dla turystów. Jedzenie po 12-20 soli.
Kręcimy się trochę, też po mercado, na którym jedzenie jest peruwiańskie. W końcu siadamy w jednej z drogich knajp, chcę makaron z warzywami. W menu takiej opcji nie ma, bo wszędzie króluje pollo lub inne dodatki, a ja pollo z ryżem mam już serdecznie dość.
Ale ponieważ klient nasz pan to dostaję wreszcie to na co mam ochotę :) A za makaronem już się nieźle stęskniłam. Poprosiłam o no picante to dostałam – z samym sosem sojowym ;) Gdyby to było prawdziwe chińskie żarcie to no picante byłoby picante. Ale i tak jest pycha.

We take direction to China Town.

foto

Potem idziemy na Plaza Major, bo umówiliśmy się z Pawłem. Ewa ma nas dość (wcale się nie dziwię ;) ) i zwiedza sama ;)
Idziemy powoli do San Francesco. Bilet kosztuje 10 soli, grupa angielska akurat zaczęła, więc koleś każe nam iść na górę. Dołączamy do grupy w bibliotece. Szlag by trafił, że nie można tu robić zdjęć, bo sam klasztor jest super! Tu ogólnie domy są budowane na modłę rzymską, w środku jest piękny dziedziniec z ogrodem, a budynek go obrasta ze wszystkich stron. Tu kwitną kwiaty, ale wchodzić tam nie wolno – kuty płot jest pozamykany. Mury są grube, są duże przestrzenie i piękne wnętrza. Super! I ten zapach, charakterystyczny dla takich miejsc.
Szkoda wielka, że koleś się tak spieszy, mało gada i pomija niektóre pomieszczenia, do których zaglądają inne grupy. Główny kościół oglądamy tylko z góry.
A potem już schodzimy do katakumb. Pochowano tu 75 000 dusz. Większość bez ładu i składu, w niektórych kryptach leżą same duże kości, w niektórych same czaszki, mniejsze kości są porzucone gdzieś tam na kupki. Wrażenie robi to super. Znaczy się jest klimat, miejsce jest niesamowite!

Then we go toPlaza Major - we have a meeting with Pawel. Ewa doesn't wanna go with us - I'm not surprised ;) and she walks alone.

foto

Tylko że... już wychodzimy. Kurcze, zdecydowanie zbyt krótko to wszystko trwa! Pytam o to, koleś mówi, że czasem robi godzinę, czasem mniej. Hmmm, ludzie pisali, że dłużej.
Na górze najbardziej podoba mi się biblioteka. Jest mroczna i tajemnicza, jak w książkach, które czytałam. Super!
Szukam kibelka, koleś mówi, że nie muszę się spieszyć. W sumie można by się tu samemu poszwędać, no ale reszta grupy na mnie czeka. Zaglądam tylko na chwilę do miejsca, którego nie zobaczyliśmy.
Idziemy przez miasto. Mijamy kongres strzeżony przez policję. Obok jest darmowe Muzeum Inkwizycji, ale jest zamknięte. I dobrze ;)

Well, we're... going out already. It was much too short! I ask about that, the guy says that sometimes he walks one hour, sometimes shorter. Hmmm, I've heard it should last longer.

foto

Wracamy na Plaza Major, bo chcemy pojechać na wzgórze San Christobal. Tego nie zdążyłam zrobić poprzednio. Na placu jest pełno naganiaczy na taką imprezę. Z tego, co czytałam wcześniej, miało kosztować 5 soli, kosztuje 10. Ok, prowadzą nas przez miasto na inny plac, gdzie mamy poczekać. Czekamy siedząc na murku. W międzyczasie przychodzi do nas pan z lodami, takimi home made chyba, wodnymi i w folii o różnych smakach, zawiniętymi w szary papier.
Przyjeżdża autobus z otwartym dachem. Komercha jest, ale nikt z nas jeszcze nigdy takim autobusem nie jechał, więc mamy radochę :) Autobus okrąża dzielnicę trzy razy tą samą drogą, co chwilę się zatrzymując i stojąc w korkach. Za pierwszym razem jest to zabawne, potem już po prostu nudne... gdyby jeszcze nas o tym uprzedzili...

We go back to Plaza Mayor, we wanna go to San Christobal hill.

foto

W końcu za trzecim razem wyjeżdżamy przez most na drugą stronę rzeki, czyli do Rimark – najbardziej ponoć niebezpiecznej dzielnicy Limy, bo bieda i w ogóle. Dziwnie się czuję oglądając te miejsca z autobusu... Różnica z Miraflores jest spora, ale jak dla mnie wygląda to całkiem normalnie. Jest mercado, dzielnica żyje. A że jest nieporządnie i biednie i widać rozwalające się domy... takie miejsca też przecież istnieją. Choć nie wiadomo, co by się stało, gdyby wpuścić tam gringo ;) Kiedyś ponoć mieszkali tu niewolnicy.
Gdy jedziemy na górę, to najpierw ukazuje się bardziej elegancka dzielnica, a potem wąziutkie, pnące się w górę kręte uliczki i kolorowe domki. Ładnie to wygląda – to chyba najbardziej kolorowa dzielnica Limy.

Finally at the third time we go on the bridge and to the other side of the river.

foto

Widoki są super, im wyżej tym piękniejsze. Z góry San Christobal widać miasto wszędzie dookoła, jak okiem sięgnąć. Miasto jest jednokolorowe – bure. W dali widać wieżowce Miraflores. Szkoda tylko, że widoczność jest taka kiepska, no ale taki już urok Limy. Lekka mgiełka nie pozwala dojrzeć szczegółów.
Zdawało nam się, że kwadrans na górze to będzie mało, ale jest tak zimno, że zamarzam, bo nie chciało mi się na cały dzień brać z sobą dodatkowego polara.
Droga jest stroma i wąska, autobus pogina. Na samym początku musimy się minąć z drugim autobusem, co zdaje się niewykonalne, ale się udaje. Trochę stoimy w korkach, ale dość szybko jesteśmy z powrotem w centrum.

The views are great. The higher we are the views are better.

foto

Powoli się ściemnia. Niektórzy chcą już wracać do hostelu, ale my idziemy połazić jeszcze po sklepikach. Są tanie sweterki ;)
Tylko fakt jest taki, że jak zwykle nie ma już tych rzeczy, które widziałam wcześniej i w końcu nie kupiłam. Na przykład kapci z alpaki ;) Wiem, że to śmieszne i sama się z tego śmieję (z tego szału zakupów znaczy się, miałam tak w Afryce i w Azji, bo wszędzie tam byłam po raz pierwszy). Chcę mieć w domu jak najwięcej tych kolorów, które są tu, a nie ma u nas ;) Z takim m.in. założeniem tu przyjechałam. Bo tak szybko to już tu pewnie nie wrócę... W końcu kupiłam... 3 sweterki ;) I nareszcie zrobiło mi się ciepło! ;)
Po drodze idziemy jeszcze na mercado, bo mam jeszcze ochotę na makaron ;)

Slowly it's getting dark.'

foto

Do hostelu wcale nie jest tak blisko jak się zdawało na mapie. Idziemy pieszo. Na głównej ulicy pełno ludzi, a gdy drałujemy już mniejszymi uliczkami, to nie widać prawie nikogo. Szczególnie turystów. I dobrze.
Z hostelu bierzemy taxi i jedziemy do Parque de la Reserva zobaczyć tańczące fontanny. W sumie nie za bardzo chciało mi się tu przyjeżdżać, bo już tą atrakcję widziałam ale jak już weszłam do parku (wstęp 4 sole) to nie żałowałam ani chwili, bo zapomniałam już jakie te fontanny są super. Najbardziej podoba mi się jak fontanny tańczą do muzyki klasycznej. Ten największy show – naprawdę robi wrażenie!

It's not so short distance to the hostel as it seems on the map. We walk. On the main street there are a lot of people and when we take smaller streets there is almost noone there. Especiallt no tourists. That's good.

foto

Łazimy jeszcze po parku i oglądamy inne fontanny. Ciuchcia jeździ niestrudzenie. Furorę robi fontanna, długa na parędziesiąt metrów, pod którą można przejść. I ta, do której można wejść się potaplać i nigdy nie wiadomo kiedy i jak bardzo ożyje ;) Widziałam juz takie cuda w Rumunii LINK i w Wolsztynie też :) Ale radocha jest za każdym razem taka sama. Głownie gdy się patrzy jaką radość mają inni :)
Dziś jest tu o wiele mniej ludzi niż poprzednio. Super, bo można się w spokoju nacieszyć :)
Po wyjściu taksiarze chcą od nas za powrót do centrum od 8 do 20 soli ;) Za kurs. Taki mają rozrzut ;) Idziemy kawałek dalej i łapiemy za 7. Późno już, ale jeszcze siedzimy chwilę przy winku. W końcu to ostatnia tu noc...

We walk around the park and take a look at other fountains.